niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział Dziewiąty

Nie złożyła skrzydeł tylko owinęła się nimi ponieważ niespodziewanie zrobiło jej się niewyobrażalnie zimno. Czuła jakby lodowe igiełki wbijały jej się w każdy fragment ciała aż w końcu doszły do serca. Zaczęła się trząść z niepohamowanego zimna które przenikało jej kości i organy.
-O co chodzi?-zapytała samą siebie zduszonym szeptem.
-To twój prezent.-usłyszała spokojny głos obok.
-Sprawiłeś, że jest mi zimno.-zapytała powoli zaczynając szczękać zębami.-Dzięki.-rzuciła sarkastycznie.
-Nie, spójrz.-odwinął jedno skrzydło na pełna odległość i wtedy Lynn to zauważyła.
-Wow.-szepnęła patrząc jak pióra zmieniają kolor.
-Jeszcze chwila, a dostaniesz identyczne skrzydła jak moje.-westchnął przejeżdżając po nich dłonią. Między czarnymi piórami pojawiały się tez błękitne, zielone, fioletowe i czerwone tworząc piękna mieszankę. Połyskiwały delikatnie jakby posypane najdrobniejszym brokatem.-Musiałem przenieść ciepło twojego ciała do skrzydeł, na chwile, żeby miały jak się przemienić.-wytłumaczył Tanatos.-A! Proszę, powiadom Chejrona, że dzisiaj powinna zostać ogłoszona nowa przepowiednia.
-Jasne. Kiedy to minie?-zapytała dziewczyna z już zsiniałymi ustami, mając na myśli zimno.
-Spokojnie, kończą.
Kiedy skrzydła przestały się przemieniać Lynn wstała i machnęła nimi na próbę. Ciepło zaczęło znowu płynąć w jej żyłach wiec westchnęła zadowolona.
-Są przepiękne. Dziękuję.-skłoniła głowę.
-Teraz wyróżniasz się od każdego innego mojego dziecka.-widząc jej pytające spojrzenie wytłumaczył.-Moje dzieci mają czarne skrzydła. A teraz ty masz te.-pogładził ostatni raz kolorowe pióra.
-Dziękuję.-powtórzyła.
-Wszystkiego najlepszego.-usłyszała jeszcze i po chwili nie było z nią nikogo.
Mając w głowie słowa ojca zeskoczyła z czarnej dachówki i wzbiła się nad ziemię. Teraz jej skrzydła wydawały się o wiele większe. A te kolory!
-Ach.-westchnęła dziewczyna przypatrując się prezentowi. "Zwykle nie jestem taka narcystyczna, ale to..."
W locie dołączyła do niej Padrona i oparła łepek na jej głowie, lądując jej na karku.
-Jak było słodka?-zapytała lekko rozglądając się za ogniskiem. W końcu dostrzegła je na małym placyku. Próbowała wylądować gdzieś na skraju, ale większość oczu zwróciło się w jej stronę. Ignorując szepty podnieconych nastolatków zaczęła biec gdzieś w centrum.
-Lynn!
-Eve!-dziewczyna skupiła się na ignorowaniu głosów przyjaciół, dlatego teraz skrzydła ciągnęły się za nią po ziemi. Ludzie uskakiwali, krzyczeli do niej jakieś gratulacje albo wzdychali z zachwytu. Evelynn starała się to ignorować, albo warczała na tych bardziej namolnych.
-Eve!-ktoś chwycił ja za nadgarstek i zmusił do odwrócenia się.-Eve! Jednak przyszłaś?-zapytał Dylan uśmiechając się.
"Przepraszam."
-Nie. Zostaw mnie.-wyszarpała się z jego uścisku i podbiegła do Chejrona.-Chejronie, ojciec kazał ogłosić jedna z przepowiedni.
-Tak? Dobrze.-Chejron skinął poważnie głową.-Cisza wszyscy! Proszę, o ciszę!-ludzie odwracali się z zaciekawieniem.-Proszę, Evelynn.-skinął jej głową.
-Co, prosz...?-słowa uwięzły jej w gardle.-Arght...-wzięła głęboki oddech.
-Eve! Lynn!-usłyszała wołanie Dylana i Alice.
-Córa Śmierci, Dziedzic Wody
muszą zacząć własne łowy
każdy krok ich bólu znak
pomóc można, tylko jak
światło gwiazd i blask księżyca,
miłość - karą cień zachwyca.-wyrecytowała sennym głosem. Zaczęła kaszleć i myślała, że wykaszle sobie płuca. Zakryła usta dłonią, a kiedy je odkryła zobaczyła krew. Z zniesmaczeniem wytarła rękę o bluzkę.-Świetnie.-westchnęła smętnie.
Tak jak myślała, zaczęły się szepty. Alice biegła w jej stronę, ale Evelynn postanowiła się odciąć. Podniosła skrzydła i okryła się nimi, klęcząc.
-Eve! Eve, wiem ze tam jesteś!-Dylan dotknął dłonią ciemnych piór, a dziewczyne przeszedł dreszcz. "Co jest?"-Wyłaź!
-Nie.-szepnęła i skuliła się jeszcze mocniej. Nagle zaczęła się bać. Bać ludzi. Bać Dylana. Bać przyjaciół. Bać ojców. I bać życia. "O czym ja myślę?" zapytała się ponownie. Odchrząknęła i opuściła gardę.
-Dobrze się czujesz?-zapytał chłopak wyciągając do niej rękę. Wstała bez pomocy i stanęła obok Chejrona wpatrując się w jakiś punkt w lesie.
-Musimy zinterpretować przepowiednie. Evelynn? Masz jakiś pomysł?
-Erm...-odchrząknęła.-Tak. Mam.
-Proszę.
-Córa Śmierci. To mogę być ja albo któraś z dziewczyn z domku Tanatosa.-nie była gotowa nazywać ich siostrami.-Dziedzic wody. Myślę, że to Dylan. Łowy. Może trzeba zapytać o to Łowczynie. Ból z każdym krokiem. Może oznaczać poświecenie w czasie tej misji. Pomoc. Może będzie trzeba kogoś o coś poprosić. Gwiazdy i księżyc. Raczej chodzi o noc, będzie trzeba podróżować w ciemności.-Evelynn nie chciała tłumaczyć ostatniego wersu więc przerwała.
-Widzę, że...całą przepowiednie mamy rozpracowana.-zaczął spokojnie Chejron. Dziewczyna skinęła głową.-Dylan. To chyba znaczy, że idziesz na misje.-chłopak skinął poważnie głową.-A teraz jeśli chodzi o Córę Śmierci...-oczywiście w tym momencie nad głowa Lynn zaświecił się symbol klepsydry z czarnym piaskiem.-Czyli wiemy.-Lynn burknęła coś pod nosem i kopnęła kamyk.
-A miałam spędzić cichy miesiąc.-westchnęła cierpiętniczo.-Ale przepowiednia to przepowiednia, nie będę się sprzeczać.-oznajmiła, przypominając sobie słowa Nico. Poprosił, żeby w razie czego nie starała się zmieniać przeznaczenia i jeśli zostanie jej wyznaczona misja, ma w niej uczestniczyć.
-Czyli ustalone. Jako środek transportu, możecie zabrać pegazy lub...-zaczął Chejron, ale dziewczyna mu przerwała.
-Mamy Padrone, Chejronie. Ona w zupełności wystarczy.-podrapała smoczyce po głowie.-Jeśli mogę coś zasugerować, możemy wyruszyć jutro o zachodzie słońca. Chciałabym...przemyśleć to i owo.-wzruszyła ramionami i uniosła skrzydła.-A teraz chciałabym już odejść. Dobranoc wszystkim.-nie spoglądając na twarze przyjaciół wzbiła się w powietrze gasząc ogień, tak jak zgasła jej dzisiejsza nadzieja.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział Ósmy

-Zatańczmy, nowa.-warknął Gus i opluł dziewczynie przynajmniej połowę twarzy.
-Długo uczyłam się baletu.-przyznała znudzona jego słowami. Wyciągnęła niezawodny miecz i ustawiła się w pewnej pozycji. Lekko rozstawiła nogi i zgięła ręce po czym wycofała lekko tułów.-Miejmy to już za sobą.-westchnęła.
Chłopak od razu rozpoczął atak krzycząc przeraźliwie co najwyraźniej miało odwrócić jej uwagę od przedwczesnego uderzenia. Odparowała je bez trudu nawet się nie męcząc. Gus uderzał zza głowy z wielka silą, ale bez wyczucia i finezji. Zasypywał ciosami tak łatwymi do odbicia, lub którym dało się zmienić tor w ułamek sekundy. Dziewczyna radziła sobie świetnie w obronie wciąż blokując lub odpychając jego miecz. Chłopak szybko się zmęczył i odskoczył na małą odległość przerywając bombardowanie. "Moja szansa." zanim pomyślała tak zrobiła. Skoczyła do przodu a on cudem uniknął ciosu w brzuch. Miecz tylko lekko wgniótł napierśnik. Chłopak warknął na Lynn i uniósł spiż nad głowę, tak że jakby uniósł dłonie jeszcze trochę czubek dotykałby jego pleców. Ostrze runęło prosto na dziewczyne. Publika, nawet nie wiadomo w którym momencie przestała wiwatować i śmiać się, wstrzymała oddech. Dziewczyna działała natychmiastowo. Zręcznym ruchem wyjęła sztylet za pasa i dwoma mocnymi ostrzami zablokowała miecz Gusa. Chłopak szarpał się, aż w końcu pojął że już go nie ruszy.
-Poddajesz się?-zapytała zirytowana dziewczyna. Spodziewała się czegoś dłuższego i fajniejszego niż...to.
-Dobra.-Lynn opuściła najpierw sztylet potem miecz i cofnęła się szybko. Chłopak oparł ostrze czubkiem o ziemie.-Niezła jesteś.
-Dzięki.
-Miło mi było.-posłał w jej stronę coś w rodzaju uśmiechu i poszedł do zbrojowni. Dziewczyna spojrzała na publikę która nagle zaczęła bić brawo.
-Dlaczego to?-zapytała podchodząc do Dylana.
-Wiesz jak to wyglądało kiedy zablokowałaś ten miecz? Ostrze leciało wprost na ciebie a ty po prostu wyciągnęłaś sztylet i bum! Pokonałaś syna Aresa!-Lynn poczuła się niepewnie wśród tylu pochwał. Co chwila ktoś podchodził i przybijał jej piątkę, klepał po ramieniu lub plecach. Jakaś dziewczyna rzuciła jej się na szyję.
-To było...straszne.-zaczęła kiedy było po wszystkim.
-Gus nie jest taki straszny.-Alice machnęła dłonią i zdjęła zbroję.
-Nie o to mi chodziło.-Lynn pokręciła głową uwalniając włosy spod hełmu.-Chodzi mi o te wszystkie pochwały i wyrazy uznania.
-Wiesz, normalnych ludzi to cieszy.-zauważyła dziewczyna.
-Ja nie jestem normalna.-Evelynn wzruszyła ramionami i odwiązała skórzane paski po bokach.
-Jak ci się podobało?-zapytała Al z uśmiechem.
-Było fajnie.-odparła dziewczyna zrzucając ostatnią warstwę spiżu. Zaczęła iść w stronę wyjścia.
-Hej! Gdzie idziesz?-zawołała za nią blondynka.
-Do domu.-odparła zdziwiona na chwile przystając.
-A co z ogniskiem?-jęknęła tamta. Lynn zaczęła się bić z myślami. "Nie chcę tu być." powtarzała sobie. "Nie mam zamiaru uczestniczyć w tym życiu."
-Dobra. Przyjdźcie po mnie.-machnęła do niej ręka.
-Ok! Tylko ubierz się ładnie!-rzuciła za nią ze śmiechem.
Evelynn szybko przeszła lasem do czarnego domku i zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o nie i pooddychała głęboko. Zrzuciła buty w przedpokoju i poszła się napić. Dziewczyna postanowiła, że zmyje z siebie kurz więc poszła do ciepłej łazienki i zamknęła się w niej na dobre trzydzieści minut. Wyszła zawinięta w czarny ręcznik i z turbanem na głowie. "O której miało być to ognisko?" zapytała samą siebie. Nagle usłyszała pukanie do drzwi.
-Cholera.-mruknęła otwierając je. Zobaczyła tam Dylana, Zack'a i Alice. Nie odzywając się słowem zostawiła drzwi otwarte i ruszyła w głąb domu.-Usiądźcie, zaraz się ubiorę.
-Pomogę ci.-zaoferowała się Al.
-O-ok.-odparła niepewnie ciemnowłosa nie wiedząc o co jej chodzi. We dwójkę weszły na górę po schodach.
-Padrony nie ma?-zapytała zaciekawiona dziewczyna.
-Nie, poleciała się pobawić.-wytłumaczyła Lynn i otworzyła swój pokój.
-To w co się ubierzesz?-Al od razu zaczęła buszować w jej szafie i wyciągnęła krótkie shorty i obszerny czarny t-shirt z numerem jakiegoś zawodnika, jakiegoś sportu.-To będzie dobre.-uśmiechnęła się do niej czule i rzuciła jej ciuchy.
-Mogłabyś wyjść na chwile?-Evelynn podniosła się z łóżka i otworzyła szufladę wyjmując bieliznę.
-A tak! Jasne.-Alice szybko opuściła pokój i pozwoliła przyjaciółce się przebrać.
Lynn skończyła i nawet Al musiała przyznać że wyglądała ślicznie. Bluzka zasłaniała shorty sprawiając wrażenie sukienki trochę powyżej kolan i delikatnie odsłaniała jedno ramię pokazując mnóstwo piegów. Dziewczyna nie miała na sobie biżuterii i makijażu co tylko podkreślało prostotę tego stroju. Mimo wszystko coś nie grało.
-Hmmm...-Alice zamyśliła się wpatrując się w Lynn.-Włosy, włosy, włosy.-wymamrotała.-Zepnij włosy.-poleciła ciemnowłosej. Od razu zauważyła że dziewczyna lekko się skrępowała.-Co jest?
-Wiesz, ja nadal mam z tym problem.-przyznała się po prostu. Po co coś zatajać?
-A tak. Rzeczywiście. Daj, pomogę ci.-odebrała od Eve jej swoją ulubioną, czarną gumkę i zrobiła jej koka na szybko.-Wyglądasz pięknie.-stwierdziła.
-Taa.-dziewczyna niechętnie przyznała jej racje. Co miała powiedzieć? Nie, jestem brzydka? Teraz mnie komplementuj?-Dzięki za włosy. Od razu mi lepiej.-powiedziała ciszej.
-Nie ma za co.-Al posłała jej uśmiech i sprowadziła na dół. Chłopcy zniecierpliwieni czekali przy drzwiach i gadali na nieciekawe tematy. Pierwszy zauważył ją Dylan. Jego usta ułożyły się w niedosłyszalne słowo: Wow. Zaraz potem dostrzegł je Zack.
-Wyglądasz ślicznie, kuzyneczko.-zażartował.
-Mhm. Dzięki, Zack.
-Teraz ty miałaś mnie skomplementować.-chłopak udał naburmuszonego.
-Już raz to zrobiłam. Nie powtórzę tego błędu.-dziewczyna poklepała go po ramieniu.
-Panienko?-Dylan podał jej ramię, które już miała odtrącić, ale jednak zmieniła zdanie i lekko je chwyciła. Nie miała zamiaru się odezwać, on z resztą również ale mimo to widziała jak bardzo ucieszyła go jej reakcja. Oczy błyszczały i poruszały się jak niespokojne morze a chłopak uśmiechał się lekko. Wyszli w czwórkę i skierowali się w stronę ogniska.
-Dostałaś już prezent?-zapytała wesoła dziewczyna.
-Ym. Nie.-Lynn przypomniała sobie o rozmowie z ojcem.-Nie mam pojęcia.
-Wszyscy są ciekawi.-powiedział Zack.-Pierwszy raz widzieli taką "luźną" rozmowę z boskim rodzicem.
-Serio?-zapytała, choć wcale jej to nie obchodziło. Pozostali skinęli głowami.-Ok.
Dalej szli w milczeniu mijając ciemne drzewa i krzaki. Był nawet drewniany drogowskaz. Nagle usłyszeli głośny skrzek, a zaraz po nim cichy pisk, który ucichł tak raptownie jak się zaczął.
-Ej, co to było?-Dylan zmrużył oczy rozglądając się wokół.
-Padrona właśnie zabiła mysz.-Lynn nie wydawała się specjalnie zasmucona czy zaskoczona tym faktem, za to humory jej przyjaciół lekko się pogorszyły.-O co chodzi?
-Mówisz o tym z taką łatwością.
-Śmierć to śmierć.-odpowiedziała szybko
-Aha.-najwyraźniej trochę ich przestraszyła. I wtedy zrozumiała, że nigdy nie będą mogli być znowu przyjaciółmi. Że ona już nie należy do tego świata i nie będzie do niego należeć. Trafiło ją to jak grom z jasnego nieba. Przecież takie było założenie, zniknąć i nigdy nie wracać. Znowu zraniła ich i siebie. Znowu będzie cierpieć i nic na to nie poradzi. Znowu się w to wkopała. Trzeba było skręcić gdzieś po drodze i nigdy tu nie przyjeżdżać. "Mogłaś wpaść na to wcześniej."
-Taak.-odpowiedziała sobie cicho.
-Co?-Dylan spojrzała na nią niespokojny. Evelynn spojrzała w jego lazurowe oczy i zobaczyła tę naiwność którą zawsze posiadał. Kiedy byli mali bawiło ją to jak nabierał się na prawie każdy żart i psikus a potem śmiał się sam z siebie. Spokojnie zabrała rękę.
-Nie dam rady.-odsunęła się kilka kroków do tyłu.
-Lynn? Co się stało?
-Idźcie beze mnie. I...najlepiej zostawcie mnie samą, ok? Dzięki.-i nie czekając na ich reakcje wzbiła się w powietrze na czarnych skrzydłach. Nie spojrzała na nich kiedy się oddalała. Przysiadła na dachu domku Hadesa i patrzyła na księżyc który górował na niebie.

*Dziękuję za komentarze! Niesamowicie podniosły mnie na duchu i zmotywowały. Ale ja mam o sobie trochę inna opinię. Nieskromnie powiem że piszę dobre początki. Ale jeśli chodzi o rozwijanie fabuły i tego co będzie dalej...z tym mam problem. Niestety. Mimo wszystko mam nadzieję że przetrzymacie.
*Zapraszam również na stronę na fb na której piszę o różnych zmianach i tym podobnych. c: