niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział Dziewiąty

Nie złożyła skrzydeł tylko owinęła się nimi ponieważ niespodziewanie zrobiło jej się niewyobrażalnie zimno. Czuła jakby lodowe igiełki wbijały jej się w każdy fragment ciała aż w końcu doszły do serca. Zaczęła się trząść z niepohamowanego zimna które przenikało jej kości i organy.
-O co chodzi?-zapytała samą siebie zduszonym szeptem.
-To twój prezent.-usłyszała spokojny głos obok.
-Sprawiłeś, że jest mi zimno.-zapytała powoli zaczynając szczękać zębami.-Dzięki.-rzuciła sarkastycznie.
-Nie, spójrz.-odwinął jedno skrzydło na pełna odległość i wtedy Lynn to zauważyła.
-Wow.-szepnęła patrząc jak pióra zmieniają kolor.
-Jeszcze chwila, a dostaniesz identyczne skrzydła jak moje.-westchnął przejeżdżając po nich dłonią. Między czarnymi piórami pojawiały się tez błękitne, zielone, fioletowe i czerwone tworząc piękna mieszankę. Połyskiwały delikatnie jakby posypane najdrobniejszym brokatem.-Musiałem przenieść ciepło twojego ciała do skrzydeł, na chwile, żeby miały jak się przemienić.-wytłumaczył Tanatos.-A! Proszę, powiadom Chejrona, że dzisiaj powinna zostać ogłoszona nowa przepowiednia.
-Jasne. Kiedy to minie?-zapytała dziewczyna z już zsiniałymi ustami, mając na myśli zimno.
-Spokojnie, kończą.
Kiedy skrzydła przestały się przemieniać Lynn wstała i machnęła nimi na próbę. Ciepło zaczęło znowu płynąć w jej żyłach wiec westchnęła zadowolona.
-Są przepiękne. Dziękuję.-skłoniła głowę.
-Teraz wyróżniasz się od każdego innego mojego dziecka.-widząc jej pytające spojrzenie wytłumaczył.-Moje dzieci mają czarne skrzydła. A teraz ty masz te.-pogładził ostatni raz kolorowe pióra.
-Dziękuję.-powtórzyła.
-Wszystkiego najlepszego.-usłyszała jeszcze i po chwili nie było z nią nikogo.
Mając w głowie słowa ojca zeskoczyła z czarnej dachówki i wzbiła się nad ziemię. Teraz jej skrzydła wydawały się o wiele większe. A te kolory!
-Ach.-westchnęła dziewczyna przypatrując się prezentowi. "Zwykle nie jestem taka narcystyczna, ale to..."
W locie dołączyła do niej Padrona i oparła łepek na jej głowie, lądując jej na karku.
-Jak było słodka?-zapytała lekko rozglądając się za ogniskiem. W końcu dostrzegła je na małym placyku. Próbowała wylądować gdzieś na skraju, ale większość oczu zwróciło się w jej stronę. Ignorując szepty podnieconych nastolatków zaczęła biec gdzieś w centrum.
-Lynn!
-Eve!-dziewczyna skupiła się na ignorowaniu głosów przyjaciół, dlatego teraz skrzydła ciągnęły się za nią po ziemi. Ludzie uskakiwali, krzyczeli do niej jakieś gratulacje albo wzdychali z zachwytu. Evelynn starała się to ignorować, albo warczała na tych bardziej namolnych.
-Eve!-ktoś chwycił ja za nadgarstek i zmusił do odwrócenia się.-Eve! Jednak przyszłaś?-zapytał Dylan uśmiechając się.
"Przepraszam."
-Nie. Zostaw mnie.-wyszarpała się z jego uścisku i podbiegła do Chejrona.-Chejronie, ojciec kazał ogłosić jedna z przepowiedni.
-Tak? Dobrze.-Chejron skinął poważnie głową.-Cisza wszyscy! Proszę, o ciszę!-ludzie odwracali się z zaciekawieniem.-Proszę, Evelynn.-skinął jej głową.
-Co, prosz...?-słowa uwięzły jej w gardle.-Arght...-wzięła głęboki oddech.
-Eve! Lynn!-usłyszała wołanie Dylana i Alice.
-Córa Śmierci, Dziedzic Wody
muszą zacząć własne łowy
każdy krok ich bólu znak
pomóc można, tylko jak
światło gwiazd i blask księżyca,
miłość - karą cień zachwyca.-wyrecytowała sennym głosem. Zaczęła kaszleć i myślała, że wykaszle sobie płuca. Zakryła usta dłonią, a kiedy je odkryła zobaczyła krew. Z zniesmaczeniem wytarła rękę o bluzkę.-Świetnie.-westchnęła smętnie.
Tak jak myślała, zaczęły się szepty. Alice biegła w jej stronę, ale Evelynn postanowiła się odciąć. Podniosła skrzydła i okryła się nimi, klęcząc.
-Eve! Eve, wiem ze tam jesteś!-Dylan dotknął dłonią ciemnych piór, a dziewczyne przeszedł dreszcz. "Co jest?"-Wyłaź!
-Nie.-szepnęła i skuliła się jeszcze mocniej. Nagle zaczęła się bać. Bać ludzi. Bać Dylana. Bać przyjaciół. Bać ojców. I bać życia. "O czym ja myślę?" zapytała się ponownie. Odchrząknęła i opuściła gardę.
-Dobrze się czujesz?-zapytał chłopak wyciągając do niej rękę. Wstała bez pomocy i stanęła obok Chejrona wpatrując się w jakiś punkt w lesie.
-Musimy zinterpretować przepowiednie. Evelynn? Masz jakiś pomysł?
-Erm...-odchrząknęła.-Tak. Mam.
-Proszę.
-Córa Śmierci. To mogę być ja albo któraś z dziewczyn z domku Tanatosa.-nie była gotowa nazywać ich siostrami.-Dziedzic wody. Myślę, że to Dylan. Łowy. Może trzeba zapytać o to Łowczynie. Ból z każdym krokiem. Może oznaczać poświecenie w czasie tej misji. Pomoc. Może będzie trzeba kogoś o coś poprosić. Gwiazdy i księżyc. Raczej chodzi o noc, będzie trzeba podróżować w ciemności.-Evelynn nie chciała tłumaczyć ostatniego wersu więc przerwała.
-Widzę, że...całą przepowiednie mamy rozpracowana.-zaczął spokojnie Chejron. Dziewczyna skinęła głową.-Dylan. To chyba znaczy, że idziesz na misje.-chłopak skinął poważnie głową.-A teraz jeśli chodzi o Córę Śmierci...-oczywiście w tym momencie nad głowa Lynn zaświecił się symbol klepsydry z czarnym piaskiem.-Czyli wiemy.-Lynn burknęła coś pod nosem i kopnęła kamyk.
-A miałam spędzić cichy miesiąc.-westchnęła cierpiętniczo.-Ale przepowiednia to przepowiednia, nie będę się sprzeczać.-oznajmiła, przypominając sobie słowa Nico. Poprosił, żeby w razie czego nie starała się zmieniać przeznaczenia i jeśli zostanie jej wyznaczona misja, ma w niej uczestniczyć.
-Czyli ustalone. Jako środek transportu, możecie zabrać pegazy lub...-zaczął Chejron, ale dziewczyna mu przerwała.
-Mamy Padrone, Chejronie. Ona w zupełności wystarczy.-podrapała smoczyce po głowie.-Jeśli mogę coś zasugerować, możemy wyruszyć jutro o zachodzie słońca. Chciałabym...przemyśleć to i owo.-wzruszyła ramionami i uniosła skrzydła.-A teraz chciałabym już odejść. Dobranoc wszystkim.-nie spoglądając na twarze przyjaciół wzbiła się w powietrze gasząc ogień, tak jak zgasła jej dzisiejsza nadzieja.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział Ósmy

-Zatańczmy, nowa.-warknął Gus i opluł dziewczynie przynajmniej połowę twarzy.
-Długo uczyłam się baletu.-przyznała znudzona jego słowami. Wyciągnęła niezawodny miecz i ustawiła się w pewnej pozycji. Lekko rozstawiła nogi i zgięła ręce po czym wycofała lekko tułów.-Miejmy to już za sobą.-westchnęła.
Chłopak od razu rozpoczął atak krzycząc przeraźliwie co najwyraźniej miało odwrócić jej uwagę od przedwczesnego uderzenia. Odparowała je bez trudu nawet się nie męcząc. Gus uderzał zza głowy z wielka silą, ale bez wyczucia i finezji. Zasypywał ciosami tak łatwymi do odbicia, lub którym dało się zmienić tor w ułamek sekundy. Dziewczyna radziła sobie świetnie w obronie wciąż blokując lub odpychając jego miecz. Chłopak szybko się zmęczył i odskoczył na małą odległość przerywając bombardowanie. "Moja szansa." zanim pomyślała tak zrobiła. Skoczyła do przodu a on cudem uniknął ciosu w brzuch. Miecz tylko lekko wgniótł napierśnik. Chłopak warknął na Lynn i uniósł spiż nad głowę, tak że jakby uniósł dłonie jeszcze trochę czubek dotykałby jego pleców. Ostrze runęło prosto na dziewczyne. Publika, nawet nie wiadomo w którym momencie przestała wiwatować i śmiać się, wstrzymała oddech. Dziewczyna działała natychmiastowo. Zręcznym ruchem wyjęła sztylet za pasa i dwoma mocnymi ostrzami zablokowała miecz Gusa. Chłopak szarpał się, aż w końcu pojął że już go nie ruszy.
-Poddajesz się?-zapytała zirytowana dziewczyna. Spodziewała się czegoś dłuższego i fajniejszego niż...to.
-Dobra.-Lynn opuściła najpierw sztylet potem miecz i cofnęła się szybko. Chłopak oparł ostrze czubkiem o ziemie.-Niezła jesteś.
-Dzięki.
-Miło mi było.-posłał w jej stronę coś w rodzaju uśmiechu i poszedł do zbrojowni. Dziewczyna spojrzała na publikę która nagle zaczęła bić brawo.
-Dlaczego to?-zapytała podchodząc do Dylana.
-Wiesz jak to wyglądało kiedy zablokowałaś ten miecz? Ostrze leciało wprost na ciebie a ty po prostu wyciągnęłaś sztylet i bum! Pokonałaś syna Aresa!-Lynn poczuła się niepewnie wśród tylu pochwał. Co chwila ktoś podchodził i przybijał jej piątkę, klepał po ramieniu lub plecach. Jakaś dziewczyna rzuciła jej się na szyję.
-To było...straszne.-zaczęła kiedy było po wszystkim.
-Gus nie jest taki straszny.-Alice machnęła dłonią i zdjęła zbroję.
-Nie o to mi chodziło.-Lynn pokręciła głową uwalniając włosy spod hełmu.-Chodzi mi o te wszystkie pochwały i wyrazy uznania.
-Wiesz, normalnych ludzi to cieszy.-zauważyła dziewczyna.
-Ja nie jestem normalna.-Evelynn wzruszyła ramionami i odwiązała skórzane paski po bokach.
-Jak ci się podobało?-zapytała Al z uśmiechem.
-Było fajnie.-odparła dziewczyna zrzucając ostatnią warstwę spiżu. Zaczęła iść w stronę wyjścia.
-Hej! Gdzie idziesz?-zawołała za nią blondynka.
-Do domu.-odparła zdziwiona na chwile przystając.
-A co z ogniskiem?-jęknęła tamta. Lynn zaczęła się bić z myślami. "Nie chcę tu być." powtarzała sobie. "Nie mam zamiaru uczestniczyć w tym życiu."
-Dobra. Przyjdźcie po mnie.-machnęła do niej ręka.
-Ok! Tylko ubierz się ładnie!-rzuciła za nią ze śmiechem.
Evelynn szybko przeszła lasem do czarnego domku i zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o nie i pooddychała głęboko. Zrzuciła buty w przedpokoju i poszła się napić. Dziewczyna postanowiła, że zmyje z siebie kurz więc poszła do ciepłej łazienki i zamknęła się w niej na dobre trzydzieści minut. Wyszła zawinięta w czarny ręcznik i z turbanem na głowie. "O której miało być to ognisko?" zapytała samą siebie. Nagle usłyszała pukanie do drzwi.
-Cholera.-mruknęła otwierając je. Zobaczyła tam Dylana, Zack'a i Alice. Nie odzywając się słowem zostawiła drzwi otwarte i ruszyła w głąb domu.-Usiądźcie, zaraz się ubiorę.
-Pomogę ci.-zaoferowała się Al.
-O-ok.-odparła niepewnie ciemnowłosa nie wiedząc o co jej chodzi. We dwójkę weszły na górę po schodach.
-Padrony nie ma?-zapytała zaciekawiona dziewczyna.
-Nie, poleciała się pobawić.-wytłumaczyła Lynn i otworzyła swój pokój.
-To w co się ubierzesz?-Al od razu zaczęła buszować w jej szafie i wyciągnęła krótkie shorty i obszerny czarny t-shirt z numerem jakiegoś zawodnika, jakiegoś sportu.-To będzie dobre.-uśmiechnęła się do niej czule i rzuciła jej ciuchy.
-Mogłabyś wyjść na chwile?-Evelynn podniosła się z łóżka i otworzyła szufladę wyjmując bieliznę.
-A tak! Jasne.-Alice szybko opuściła pokój i pozwoliła przyjaciółce się przebrać.
Lynn skończyła i nawet Al musiała przyznać że wyglądała ślicznie. Bluzka zasłaniała shorty sprawiając wrażenie sukienki trochę powyżej kolan i delikatnie odsłaniała jedno ramię pokazując mnóstwo piegów. Dziewczyna nie miała na sobie biżuterii i makijażu co tylko podkreślało prostotę tego stroju. Mimo wszystko coś nie grało.
-Hmmm...-Alice zamyśliła się wpatrując się w Lynn.-Włosy, włosy, włosy.-wymamrotała.-Zepnij włosy.-poleciła ciemnowłosej. Od razu zauważyła że dziewczyna lekko się skrępowała.-Co jest?
-Wiesz, ja nadal mam z tym problem.-przyznała się po prostu. Po co coś zatajać?
-A tak. Rzeczywiście. Daj, pomogę ci.-odebrała od Eve jej swoją ulubioną, czarną gumkę i zrobiła jej koka na szybko.-Wyglądasz pięknie.-stwierdziła.
-Taa.-dziewczyna niechętnie przyznała jej racje. Co miała powiedzieć? Nie, jestem brzydka? Teraz mnie komplementuj?-Dzięki za włosy. Od razu mi lepiej.-powiedziała ciszej.
-Nie ma za co.-Al posłała jej uśmiech i sprowadziła na dół. Chłopcy zniecierpliwieni czekali przy drzwiach i gadali na nieciekawe tematy. Pierwszy zauważył ją Dylan. Jego usta ułożyły się w niedosłyszalne słowo: Wow. Zaraz potem dostrzegł je Zack.
-Wyglądasz ślicznie, kuzyneczko.-zażartował.
-Mhm. Dzięki, Zack.
-Teraz ty miałaś mnie skomplementować.-chłopak udał naburmuszonego.
-Już raz to zrobiłam. Nie powtórzę tego błędu.-dziewczyna poklepała go po ramieniu.
-Panienko?-Dylan podał jej ramię, które już miała odtrącić, ale jednak zmieniła zdanie i lekko je chwyciła. Nie miała zamiaru się odezwać, on z resztą również ale mimo to widziała jak bardzo ucieszyła go jej reakcja. Oczy błyszczały i poruszały się jak niespokojne morze a chłopak uśmiechał się lekko. Wyszli w czwórkę i skierowali się w stronę ogniska.
-Dostałaś już prezent?-zapytała wesoła dziewczyna.
-Ym. Nie.-Lynn przypomniała sobie o rozmowie z ojcem.-Nie mam pojęcia.
-Wszyscy są ciekawi.-powiedział Zack.-Pierwszy raz widzieli taką "luźną" rozmowę z boskim rodzicem.
-Serio?-zapytała, choć wcale jej to nie obchodziło. Pozostali skinęli głowami.-Ok.
Dalej szli w milczeniu mijając ciemne drzewa i krzaki. Był nawet drewniany drogowskaz. Nagle usłyszeli głośny skrzek, a zaraz po nim cichy pisk, który ucichł tak raptownie jak się zaczął.
-Ej, co to było?-Dylan zmrużył oczy rozglądając się wokół.
-Padrona właśnie zabiła mysz.-Lynn nie wydawała się specjalnie zasmucona czy zaskoczona tym faktem, za to humory jej przyjaciół lekko się pogorszyły.-O co chodzi?
-Mówisz o tym z taką łatwością.
-Śmierć to śmierć.-odpowiedziała szybko
-Aha.-najwyraźniej trochę ich przestraszyła. I wtedy zrozumiała, że nigdy nie będą mogli być znowu przyjaciółmi. Że ona już nie należy do tego świata i nie będzie do niego należeć. Trafiło ją to jak grom z jasnego nieba. Przecież takie było założenie, zniknąć i nigdy nie wracać. Znowu zraniła ich i siebie. Znowu będzie cierpieć i nic na to nie poradzi. Znowu się w to wkopała. Trzeba było skręcić gdzieś po drodze i nigdy tu nie przyjeżdżać. "Mogłaś wpaść na to wcześniej."
-Taak.-odpowiedziała sobie cicho.
-Co?-Dylan spojrzała na nią niespokojny. Evelynn spojrzała w jego lazurowe oczy i zobaczyła tę naiwność którą zawsze posiadał. Kiedy byli mali bawiło ją to jak nabierał się na prawie każdy żart i psikus a potem śmiał się sam z siebie. Spokojnie zabrała rękę.
-Nie dam rady.-odsunęła się kilka kroków do tyłu.
-Lynn? Co się stało?
-Idźcie beze mnie. I...najlepiej zostawcie mnie samą, ok? Dzięki.-i nie czekając na ich reakcje wzbiła się w powietrze na czarnych skrzydłach. Nie spojrzała na nich kiedy się oddalała. Przysiadła na dachu domku Hadesa i patrzyła na księżyc który górował na niebie.

*Dziękuję za komentarze! Niesamowicie podniosły mnie na duchu i zmotywowały. Ale ja mam o sobie trochę inna opinię. Nieskromnie powiem że piszę dobre początki. Ale jeśli chodzi o rozwijanie fabuły i tego co będzie dalej...z tym mam problem. Niestety. Mimo wszystko mam nadzieję że przetrzymacie.
*Zapraszam również na stronę na fb na której piszę o różnych zmianach i tym podobnych. c:

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział Siódmy

Mimo to wstała z godnością i zabrała głos.
-Przepraszam, Chejronie, ale ja zostałam już uznana.-centaur, a także Dylan z siostrą, Zack i Alice spojrzeli na nią zdziwieni.
-Dlaczego nam nie powiedziałaś?-pisnęła ucieszona blondynka.-Kiedy?
-Pewnie niedawno.-mruknął Chejron.-Najwyraźniej wiadomość nie zdążyła dojść.
-Właściwie to zostałam uznana osiem lat temu, proszę pana.-sprostowała i nastała cisza. Jej przyjaciele pewnie zaczęli łączyć obie daty. "Bywa."
-To...-zaczął i zaraz odchrząknął.-W takim razie, kto jest twoim rodzicem?
-Tanatos.-odrzekła pewnie.-Moim ojcem jest Tanatos. I, nawiasem mówiąc, spóźnia się z moim prezentem urodzinowym.-założyła ręce na piersi czekając na jakąkolwiek reakcje.
-Oh. No cóż.-Chejron uśmiechnął się do Lynn.-Witamy cię w Obozie Półkrwi Evelynn Nicolo Solace di Angelo, przybrana córko Nico di Angelo i Willa Solace'a, córko Tanatosa.
-Dziękuje.-skinęłam mu głową i usiadłam. "Już po wszystkim."
-A na ten prezent nie masz co liczyć!-Eve usłyszała śmiech ze strony stolika Hermesa.
-Na prawdę?-zawołała udając zrozpaczoną.-Zwykle wysyłał chociaż kartkę!-znowu usłyszała śmiech więc w lepszym humorze odwróciła się do stolika.
-Evelynn.-usłyszała zniecierpliwiony głos za plecami a rozmowy w pawilonie umilkły.
-Szlag by trafił.-mruknęła odwracając się.
-Kto cie uczył takiego słownictwa?-westchnięcie.
-Ja nic nie wiem, tato.-uniosła dłonie w obronnym geście i spojrzała na stojącego przed nią boga. Często pokazywał jej się w snach lub słyszała jego głos. Jakaś trójka dzieciaków podniosła sie ze stolika. "To chyba moje rodzeństwo." pomyślała widząc ich reakcje.
-Siadajcie, dzieci.-ojciec pokazał im ręką, że mają opaść na ławki co zrobili rozczarowani.-Evelynn.
-Tak, tato?-zapytała już znudzona ta rozmową i wzrokiem wszystkich obozowiczów.-Cos ważnego czy po prostu znowu rujnujesz mi życie?-powiedziała spokojnie. Ojciec prychnął zirytowany tą rozmową co najmniej tak samo jak ona.
-Dobra, dobra nie żartuj sobie ze mnie.-pstryknął palcami.-Masz.
-Co mam?-zapytałam.
-Chciałaś prezent to dostaniesz.-przewrócił oczami.
-Czy to szczeniaczek?!-zawołałam z przesadzoną wesołością.
-Możesz przestać?
-Tak, jasne.-skinęła głową i usiadła na ławce.-Możesz już iść?-machnęła na niego lekceważąco ręką odwracając. Po chwili poczuła ciepły powiew wiatru który smagnął jej policzek. Przymknęła oczy i czekała aż skończy. Po chwili nie czuła już nic więc spokojnie zaczęła pić wodę.
-To było ciekawe.-zaczął Chejron. Zaraz zewsząd rozległy się szepty, wiec Lynn wstała i postanowiła pójść wcześniej na zajęcia szermierki. Nie to że obchodziło ja co mówią ludzie, bo nie obchodziło. Długo uczyła się ignorancji wobec innych więc teraz świetnie jej to wychodziło. Spokojnie podążała ścieżką trzymając się cienia a unikając słońca.
-Tak to się nigdy nie opalisz.-usłyszała głos niedaleko. Odwróciła się w stronę czarnowłosego chłopaka.
-O co chodzi?-zapytała po prostu ignorując jego uwagę.
-Musi o coś chodzić?-wzruszył ramionami.
-Przerwałeś śniadanie.-przypomniała mu i odwróciła się machając mu dłonią po czym zaczęła iść.
-Wiesz, zastanawiałem się nad czymś.-zaczął niepewnie równając się z nią
-Mhm?
-Czy twoje uznanie miało związek z...twoja izolacja?
-Nie.-odparła spokojnie.-To nie to.-ruszyła dalej nie przejmując się chłopakiem.
-Tak chciałem tylko zapytać.
-Spoko.
W ciszy doszli na arenę wchodząc na gorący piach.
-Chcesz poćwiczyć?-zapytał chłopak biorąc do ręki miecz ze spiżu.
-Nie. Chciałam tylko zobaczyć jak to wszystko wygląda i poczekać na lekcje szermierki.
-Właśnie! Nawet nie zaproponowałem ci oprowadzenia po obozie!-uderzył się w czoło.-Oprowadzić cię dzisiaj?
-Nie, dzięki.-odwróciła wzrok.
-Ale...
-Nie.-powtórzyła. Tak właściwie nie chciała spędzać z nimi więcej czasu niż powinna. "Przecież nie przyjadę tu w przyszłym roku, prawda?"
-A dlaczego?-dopytywał się chłopak. Na szczęście przed odpowiedzią uratował ją czarnowłosy mężczyzna z turkusowymi oczami.
-Hej, wujku.-dziewczyna pomachała mu.
-Lynn?-Percy odwrócił się w ich stronę.-Wow, ale wyrosła.-roześmiał się podchodząc bliżej.-Dawno się nie widzieliśmy.
-Tak, rzeczywiście. Podobno uczysz tu szermierki?
-Tak, własnie.-posłał jej ten swój zwyczajowy sympatyczny uśmiech, ale nie odwzajemniła go odwracając wzrok.-Jak miło że się w końcu spotkaliście. Dylan tak bardzo marudził. Serio. Mówię ci...
-Tato.-jęknął chłopak, a jego ojciec wzruszył ramionami udając głupiego i puścił Lynn oczko. Tym razem kąciki jej ust zadrżały zdradzając rozbawienie.
-Idziecie na dzisiejsze ognisko?-Percy bardzo zręcznie zmienił temat.
-Taki mamy zamiar.-chłopak odpowiedział zanim zdążyłam zrobić to sama.
-Przepraszam, ja nigdzie nie idę.-uniosła dłonie w obronnym geście.
-No weź! Ognisko jest na twoją cześć i w ogóle!-oczy zabłysły mu a uśmiech poszerzył. "Taki naiwny."
-Nawet jeśli, to podziękuje.-westchnęła zaczynając rozgrzewkę. Najpierw rozciągnęła mięśnie rąk stosując kilka zwykłych, standardowych ćwiczeń. Potem zaczęła robić skłony jednocześnie przysłuchując się rozmowie ojca i syna.
-Przestań, Dylan.-zachichotał Percy.
-Ale co?-zapytał chłopak z lekkim opóźnieniem.
-Przecież widzę. Wiem że jesteś dojrzewającym chłopcem...
-Bogowie, tato.-jęknął chłopak. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem.
-...ale nie musisz patrzeć na jej tyłek.-momentalnie uśmiech spełzł jej z twarzy i poczuła gorące wypieki na policzkach. "Bogowie, wujku! Nie wierze, że to powiedział. Ani że Dylan nie zaprzeczył." Evelynn odchrząknęła i wyprostowała się kiedy na arenę zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi. Najwyraźniej niektórzy chcieli tylko pooglądać sparringi i pewnie pośmiać się z przegranych. Reszta zaczęła zakładać lekkie zbroję ćwiczebne i wybierać broń ze stojaków. Dziewczyna miecz miała przy sobie wiec poszła tylko szukać zbroi.
-Weź ten.-polecił jej jakiś chłopak uśmiechając się przebiegle.
-Bo?-spojrzała podejrzliwie na napierśnik w jego rekach.
-Bez powodu.
-Wiesz, podziękuję.-wyminęła go i znalazła coś na własną rękę. Szybko zapięła zabezpieczenia i założyła dodatkową ochronę czyli naramienniki i nagolenniki i całą resztę. Evelynn widziała że reszta radzi sobie mniej sprawnie, ale ona miała większe przeszkolenie tego typu. Znalazła jeszcze pasujący hełm i schowała pod nim włosy, po czym chwyciła poręczny sztylet i przypięła go przy drugim biodrze. "Świetnie." Zaczekała jeszcze chwilę, a kiedy zaczęło jej się nudzić wyjęła miecz i zaczęła się nim bawić.
-Nie popisuj się tak, nowa.-syknął jadowicie jakiś chłopak w pełnym rynsztunku.
-Nowa?-zapytała dziewczyna unosząc brew czego pewnie nawet nie zauważył.-Rzeczywiście, pierwszy raz jestem w obozie.
-Tak? To świetnie.-myślała że zaraz splunie jej w twarz ale nie zrobił tego tylko odwrócił się na pięcie i odszedł. Zaraz do Lynn podszedł zaniepokojony Dylan.
-Czego od ciebie chciał?-spojrzał na odchodzącego chłopaka.
-Życzył mi powodzenia.-odpowiedziała i dla wypróbowania ostrza machnęła mieczem.
-Ej!-chłopakowi minął zły humor i zaśmiał się serdecznie.-Nie zabij kogoś, jasne?
-Jeśli chodzi ci o mojego ojca...-zaczęła, żeby zobaczyć jak chłopak się czerwieni.
-Oh.-podrapał się po karku.-Wiesz, na prawdę nie miałem nic złego na myśli i...
-Spokojnie wiem. I spróbuje.-poklepała go po ramieniu i ruszyła do szeregu i reszty dzieciaków.
-Dobra, dzisiaj ćwiczymy w parach!-zawołał Percy starając się przekrzyczeć młodzież.-Sami się dobierzecie czy ja mam to zrobić?
-Chcemy sami, psze pana!-krzyknęło kilka osób a reszta już łączyła się w pary.
-Dobra! Dylan z Contie! Sheldon z Alec'iem! Annie z Michelle! Evelynn z Gusem!-zaczął wyliczać Percy ignorując głosy sprzeciwu nastolatków.
-Czekaj tato.-podszedł do niego Dylan. Myślałam że będzie miał problem żeby walczyć z dziewczyna, ale to nie było to.-Może lepiej nie dawać Evelynn z Gusem?-zapytał z nadzieja w głosie. Ojciec położył mu dłoń na ramieniu i odezwał się delikatnie.
-Aż tak boisz się o Gusa?-zapytał współczująco. Evelynn musiała parsknąć śmiechem słysząc te słowa.
-Przepraszam.-westchnęła łapiąc oddech.-Poradzę sobie. A Gus to...?
-Ten który "życzył ci powodzenia."-zaznaczył nawias ruchem palców.
-A jasne.-wyważyła miecz w dłoni.-Spokojnie.
-Widzisz!-Percy uderzył Dylana w plecy i odszedł sprawdzając pary. Chłopak wymamrotał do Eve słowa pożegnania i odszedł do swojej pary. Dziewczyna cierpliwie czekała aż podszedł do niej Gus. W milczeniu usiedli niedaleko siebie na trybunach, żeby móc szybko dostać się na dół kiedy zostaną zawołani. Nie wymienili żadnego słowa. Nie musieli.
Zaczęła się pierwsza walka. Dylan pojedynkował się z ładna dziewczyną o jasnych włosach wystających spod hełmu. Radziła sobie całkiem nieźle i Evelynn nie zdziwiła się kiedy usłyszała że to córka Afrodyty. Doskonale wiedziała że te dzieci wcale nie są dobre tylko i wyłącznie w gadaniu. Ostatecznie wygrał chłopak ale Contie i tak wyglądała na całkiem zadowoloną. Uściskała go przelotnie i oboje zajęli miejsca na trybunach, na samym dole.
-Halo!-Percy machał z dołu w stronę czarnowłosej dziewczyny.-Chodźcie! Lynn! Gus!-dziewczyna wstała i spokojnie zeszła na dół, kiedy chłopak wprost wbiegł na piach uwalniając tumany kurzu. "Jest nabuzowany." od razu pomyślała, wiedząc już że szybko sobie z nim poradzi.

*Przepraszam, że przerywam w takim momencie, ale wspominałam jakoś na początku, że kilkanaście rozdziałów mam napisanych z wyprzedzeniem i czasami ciężko mi je dzielić :|
*Ponadto zapraszam do polubienia strony na facebook'u: https://www.facebook.com/RibbonPisze *bo dlaczego by nie założyć :')*

środa, 22 lipca 2015

Rozdział Szósty

Ocknęła się dość późno jak na nią, bo o ósmej. Zamrugała kilka razy i przetarła oczy. Poczuła na twarzy coś ciepłego i mokrego. Zaintrygowana uniosła dłoń do oczu. Między palcami przelewała się ciemna krew.
-Co jest?-pisnęła przestraszona. Spojrzała na ręce i zauważyła że w lewej trzyma sztylet.-Co jest?-powtórzyła.
Byłoby łatwiej. Prawda? Tak bardzo łatwiej. 
-Kim jesteś?-zapytała nie ruszając się z siedzenia.-O co chodzi?
Skończ to. Will i Nico będą szczęśliwi. Wiesz, że nigdy cie nie chcieli? Nikt cie nigdy nie chciał. 
-O co ci chodzi?-szepnęła.
Widzisz ten sztylet? Weź go. Zrób to. Skończ to. 
-Co mam zrobić? Co mam skończyć?!-Lynn zaczęła się trząść. To nie było normalne. "Nie było!"
Widzisz te krew? Widzisz?
Półprzytomna ze strachu dziewczyna skinęła głową.
Może być twoja.
-Co?-zapytała.
Może być twoja. 
-T-to czyja jest teraz.-jąkała się. Głos nie odpowiedział.-Czyja ona jest?!-krzyknęła rozpaczliwie upuszczając sztylet, który brzdęknął o podłogę.
Zerwała się z fotela żeby zaraz upaść. Jęknęła unosząc się na łokciach. Spojrzała na duży zegar.
-Jest czwarta.-westchnęła z ulgą.-Czwarta.-wstała i rozejrzała się po pokoju. Najwyraźniej rzucała się na fotelu i strąciła szklankę, która upadła na podłogę budząc ją.-Dzięki bogom.-szepnęła podnosząc szkło. Z jednej strony czuła ulgę, że się obudziła, a z drugiej była ciekawa ciągu dalszego tego snu. Przeklęła cicho idąc na górę.
W pokoju znalazła całkowicie rozbudzonego smoka na parapecie. Padrona wpatrywała się tęsknie w widok za oknem. Lynn również podeszła i otoczyła smoczyce ramieniem. Za szybą zobaczyła wielki obszar lasu.
-Jest piękny.-przyznała racje swojej "siostrze".-Masz ochotę wyjść?-Padro skinęła szybko głową i rozłożyła skrzydła.-Ale zostań w tym rozmiarze, dobrze? Nie zbliżaj się do ludzi.-pogroziła jej palcem i otworzyła okno. Stwór skrzyknął ucieszony i skoczył. Dziewczyna jeszcze chwile wpatrywała się w ciemną plamkę na horyzoncie aż w końcu ta zniknęła. Zostawiła okno uchylone i podeszła do szafy. "Chyba czas pokazać się ludziom." pomyślała patrząc tęsknie na bluzę lezącą sobie spokojnie na kołdrze. Z szafy wyjęła szary top z truskawką i czarne rurki. "Chrzanić, że jest lato." Narzuciła szybko ciuchy i rozczesała włosy. Myślała czy by się lekko nie pomalować żeby zrobić dobre wrażenie ale zrezygnowała z tego pomysłu. "Na kim chcesz zrobić to wrażenie?" prawie prychnęła rozbawiona swoim pomysłem. Z pod ściany wzięła czarny miecz i przypięła go do pasa. Nagle przypomniała sobie ten sztylet ze snu. On również był ze stygijskiego żelaza. Pokręciła głowa zirytowana. "Już, przestań, przestań." skarciła się w myślach i opuściła pokój.
Na zewnątrz było dość chłodno, ale dziewczynie to nie przeszkadzało mimo koszulki na ramiączkach. W sumie lubiła chłód i zimno o wiele bardziej nić letni gorąc. Spojrzała na słońce które dopiero co wstało oświetlając domki. Dylan spał w domku Posejdona, a jego siostra, Lucy, w domku Ateny. Z tego co wiedziała Alice mieszkała u Hermesa, a Zack u Hekate. Taki układ jej pasował. Nie chciała z nikim dzielić domku,a Zack równie dobrze mógł wybrać domek Hadesa ze względu na mamę. Na szczęście wdał się w ojca.
Zamyślona przemierzała las ufając swoim nogom i instynktom. Nawet nie zauważyła że się zatrzymała. Po chwili rozejrzała się wokół i stwierdziła że jest na plaży. Słońce odbijało się w wodzie rażąc jeszcze mocniej w oczy. Musiała długo spacerować, bo było już dość wysoko. Przekonała się o tym kiedy usłyszała dźwięk konchy. Wymamrotała coś pod nosem i pobiegła do pawilonu.
Na miejscu usiadła przy swoim stole z westchnieniem. Napełniła kubek gorącą kawą i upiła łyk. Tak jak się spodziewała. Była idealna. Zbyt idealna. Można było czuć świeżo zmielone ziarna, odrobinę brązowego cukru i...czy to był cynamon? Odstawiła ją wspominając ciemną, kleista maź którą piła codziennie rano w domu. Tak bardzo za tym tęskniła a to dopiero drugi dzień.
-Hej, Eve.-usłyszała znajomy głos. Do jej stolika dosiadł się Dylan i po raz drugi podczas jej pobytu spojrzał krytycznie na jej śniadanie.-Kawa?
-Właściwie to już jej nie chce.-wzruszyła ramionami i demonstracyjne odsunęła szklankę.
-No weź.-zaśmiał się chłopak.-Zjedz coś, jesteś strasznie blada.
-Ja zawsze jestem blada.-powiedziała zmęczona.-Wiesz, że nie powinno cię tu być?
-No wiem, wiem.-wzruszył ramionami.-Ale nie zakablujesz mnie nie?-dodał konspiracyjnie.
-Zastanowię się.-podparła głowę dłonią i przymknęła oczy.
-Tylko nie zasypiaj. Wystarczy że zamkniesz oczy a już odlatujesz?
-Nie spałam wczoraj.-wyjaśniła nadal z zamkniętymi oczami.
-Co? To dlaczego nas nie zatrzymałaś?-jęknął.
-Po co? Myślałam że już skończyliście.
-Nawet nie wiesz ile czekaliśmy żeby znowu porozmawiać.-dodał jakby nie słysząc dziewczyny.
-Mhm.-mruknęła wpatrując się w stół. Po chwili przed nią pojawiły się się złote naleśniki. Spojrzała na chłopaka który spokojnie wpatrywał się w nią.
-Masz, zjedz.-skinął głową.
-Nie chce ich.-zaprotestowała zupełnie jak małe dziecko.
-Nikt cie nie pytał.-parsknął.-Idę do swojego stolika a jak wrócę ten talerz ma być czysty.-wstał prędko i odszedł. Dziewczyna przewróciła oczami i spojrzała na naleśniki. "W sumie czemu nie." Zaskoczona własnym wyborem wzięła widelec do ręki i spróbowała placków na talerzu. Były całkiem dobre, ale jak na jej gust za słodkie. Zjadła jednego i nawet nie próbowała zacząć następnego bo wiedziała, że zaraz biegłaby w stronę krzaków z ręką na ustach. Siadła wyprostowana i zamieniła kawę na zwykłą wodę. Spędziła tak kilka chwil rozglądając się wokół.
Przez bramę wjechał Chejron. Obozowicze zaczęli klaskać i wiwatować, kiedy centaur wjechał na specjalne podwyższenie. Skinął głowa uśmiechając się ciepło zupełnie jak ojciec. "W sumie to on jest takim ojcem dla tych herosów." Lynn zwróciła sobie uwagę.
-Proszę o spokój.-zaczął a wszyscy obozowicze umilkli.-W naszym obozie pojawił się specjalny gość. Jest to Evelynn Nicola Solace di Angelo, przybrana córka Nico di Angelo i Willa Solace'a, nieuznana.-uniósł ręce. "Przepraszam, co?" lekko zaniepokoiła się takim przywitaniem. "Miałam pojawić się, a potem zniknąć. I tyle. Nie prosiłam się o takie coś!"

*Wiem, wiem. Pewnie chcecie przepowiednie i przygodę etc. Jeśli dobrze kojarzę, przepowiednia powinna pojawić się za rozdział, a w przyszłym spodziewajcie się walk ^^
*Dziękuję za komentarze! c:

niedziela, 12 lipca 2015

Rozdział Piaty

-Czy to...?-zaczął Dylan, ale jakoś nie śpieszył się, żeby skończyć.
-Na prawdę jej nie zauważyłeś? Nie zauważyłeś smoka na moim obojczyku?-zapytała niedowierzając i zaczęła gładzić stworzonko po łebku.
-No wiesz....yyyy....-wzruszył bezradnie ramionami.-To twój?
-Raczej tak.
-Jak ma na imię?-spytał zaciekawiony.
-Padrona.-powiedziała Evelynn z lekkim, włoskim akcentem.
-Widzę, że nie żartowali z tym włoskim.-Dylan zaśmiał się tak naturalnie, że dziewczyna odsunęła się lekko przestraszona. "Jak?" zapytała samą siebie. Chłopak musiał zauważyć jej skrępowanie, bo spojrzał na nią z niepokojem.-Co jest?
-Nic, nic.-odwróciła wzrok przypatrując się obozowiczom. Rzeczywiście, było pełno tu nastolatków. Śmiali się, rozmawiali przekrzykując się na zmianę. Oprócz niej było kilka nowych osób. Dziewczyna widziała jak witają ich przy stoliku Hermesa, lub przy innym jeśli już zostały uznane. Poklepywanie po plecach, propozycje oprowadzania lub przyjaźni. "Jakie to przereklamowane." myślała Eve odwracając się z powrotem.
Padro właśnie skończyła jeść i zaczęła powoli skradać się w stronę chłopaka. Słońce odbijało jej się od ciemnych łusek i zębów. Złożyła skrzydła i przystanęła w połowie drogi. Zmrużyła oczy i zaczęła wydawać cichy mruczaco syczący dźwięk.
-Padro.-ucięła szybko, a smoczyca wróciła do Lynn błyskawicznie i weszła do kaptura. Z jednej strony wystawała głowa a z drugiej ogon.-Żegnaj.-dziewczyna skinęła chłopakowi głową i odeszła od stolika.
-Czekaj!-chłopak również się podniósł i podbiegł do niej łapiąc ją za łokieć.-Wiesz...ja na prawdę chciałbym cię zobaczyć.-spojrzał w stronę kaptura.
-Niedoczekanie.-powiedziała cicho i wyrwała rękę z uścisku, po czym odwróciła się i zniknęła wśród drzew zostawiając zasmuconego chłopaka kompletnie samego na środku pawilonu.
Szybkim krokiem przemierzała zarośnięta ścieżkę aż w końcu doszła do domku. Widząc na ganku jakieś postaci schowała się za drzewem i zaczęła podsłuchiwać.
-...na prawdę dziwnie.-to był Dylan. Chyba ta ścieżka to jednak nie był skrót. Lynn przybiła sobie w myślach mentalną piątkę.
-Ale...to nadal Lynn, nie?-usłyszała niepewny głos. Kiedy go rozpoznała osunęła się cicho po pniu. To była Alice. Evelynn nadal pamiętała jak świetnie się bawiły i jak bolała ja rozłąka. Ich ostatnie spotkanie przebiegło normalnie, a tu nagle Alice straciła siostrę i najlepszą przyjaciółkę całkowicie bez powodu.
Blond-włosa dziewczynka siedziała opierając się o pień i wpatrywała się w swoją bratnią duszę siedzącą na konarze powyżej.
-Lynn.-powiedziała.-Podoba ci się Dylan?
-Al.-ciemnowłosa westchnęła głośno powtarzając wstęp przyjaciółki.-Pamiętaj że mamy 7 lat. W tym wieku raczej nie powinien się tobie nikt podobać.-jak zwykle. Evelynn potrafiła się bawić i śmiać i pokazywać emocje, ale zawsze to ona była ta mądrzejszą i poważniejszą.
-No przestań.-Alice przewróciła oczami.-Zakochać się można w każdym wieku.-Lynn spojrzała na nią ze zdziwieniem.
-To teraz jeszcze miłość?-zaśmiała się.-Skończmy to Alice. Chodź się pobawić.-z wycięć na plecach, które były w każdym jej ubraniu wysunęły się smukłe czarne skrzydła. Dziewczynka delikatnie sfrunęła z drzewa i ponownie je złożyła.
-Dlaczego je schowałaś?-zapytała Alice z zawodem.
-Przeszkadzałyby mi.-ciemnowłosa wzruszyła ramionami i pobiegła w stronę domu. Jej przyjaciółka z chichotem ruszyła za nią. Kochała te dziewczyne.
-Nawet nie pozwoliła mi zobaczyć swojej twarzy.-Dylan westchnął rozczarowany.
-Może ma trądzik.-ktoś zachichotał a zaraz potem łapał powietrze bo oberwał od Alice w brzuch. Zack. To imię wyskoczyło przed oczy Lynn. Zack, jej kuzyn. Syn cioci Argei i wujka Butcha. Jak byli młodsi dobrze się dogadywali bo oboje byli z tych poważniejszych. Zwykle karcili Dylana i Alice za jakieś głupoty, żeby potem się do nich dołączyć. Dzieci to dzieci.
Dziewczyna potrząsnęła głową i stanęła na nogi. Nigdy nie wyobrażała sobie że ich spotka. Nigdy nie wyobrażała sobie że znowu ich zobaczy i usłyszy ich głosy. Nigdy nie wyobrażała sobie że będzie to takie trudne i bolesne.
Wzięła głęboki wdech, poprawiła kaptur i zaczęła rozwijać skrzydła. Tak jak się spodziewała, bluza miała chirurgiczne nacięcia na łopatkach. Poczuła ciepło rozchodzące się po plecach, zaraz potem mocne pociągnięcie, żeby w końcu poczuć ten słodki ból wychodzących piór. Wypuściła powietrze i uśmiechnęła się lekko czując ich ciężar. Machnęła nimi delikatnie, na próbę. Uniosła się kilka centymetrów nad ziemie. Poklepała łepek smoka.
-Lecimy mała.-szepnęła i wzbiła się w powietrze. Zrobiła to tak szybko i bezszelestnie, że trójka herosów nawet nie zorientowała się że niedaleko ktoś był. Leciała przez krótka chwile po czym wylądowała na ścieżce niedaleko dawnych przyjaciół.-Nieładnie tak obgadywać kogoś za plecami.-odezwała się przesłodzonym głosem. Cała trójka aż podskoczyła. Pierwszy opanował się się Dylan.
-My...eee...-pomasował się po karku spoglądając na przyjaciół. Dopiero teraz dziewczyna zobaczyła jak się zmienili.
Alice zawsze była szczupła i drobna, zupełnie jak matka. Długie blond włosy sięgały jej teraz aż do pasa. Miała na sobie białą sukienkę wyszywana w kwiatki i czarne pantofle. Lynn przypomniała sobie że Al zawsze chodziła ubrana w eleganckie stroje. Nawet jeśli potem pływała w błocie. Kiedy ostatnio widziała Zacka miał dziewięć lat i był dość pulchnym dzieckiem. Teraz spod obozowej koszulki wybijały się wypracowane mięśnie, miał przystojna twarz z lekkim zarostem i wyglądał bardzo męsko. Uśmiechnęła się, kiedy przypomniała sobie jak kiedyś rozmawiały o nim z Alice.
-Wiesz...wyobrażam sobie że Zack w przyszłości będzie bardzo przystojny.-rzuciła nagle Alice kiedy były same. Eve zakrztusiła się sokiem i wypluła go na trawę.
-Co proszę?-zapytała kiedy przestała charczeć.
-Ja to wiem.-wtedy dziewczynka mrugnęła do niej i odbiegła do chłopaków.
-Uśmiechasz się.-zauważył Dylan. Lynn wyprostowała usta i skinęła głową.-Dowiemy się dlaczego?-zachęcił ja własnym uśmiechem.
-Padrona połaskotała mnie w szyje. Zadowolony?-warknęła i założyła ręce na piersi. Przyjaciele popatrzyli na nią z powątpiewaniem.-Mogę coś dla was zrobić czy dacie mi wejść do domku?-posłusznie się rozsunęli a ona otworzyła drzwi. Smoczyca od razu zeskoczyła jej z ramienia i pobiegła na górę.-Dzięki wielkie, ty mała...-dziewczyna zorientowała się, że wszyscy weszli za nią. Odchrząknęła dyskretnie.-Rozgośćcie się.-rzuciła ściągając buty i poszła do kuchni.
Wróciła z czterema szklankami wody i położyła je na niskim stoliku. Dylan, Alice i Zack zdążyli usiąść i wyglądali jakby połknęli kije od miotły. Lynn westchnęła zniecierpliwiona.
-Nie gryzę.-powiedziała już o wiele delikatniej niż na zewnątrz.-Pójdę się przebrać.-nie czekając na ich reakcje pobiegła na górę. Z szafy wyjęła czarna bluzkę na ramiączkach i dresy. Zrzuciła bluzę i położyła ją na łóżku. Przebrała się szybko w łazience i ze zrezygnowaniem rozpuściła włosy.-Super.-mruknęła.-Teraz będę musiała chodzić w rozpuszczonych.-przeczesała je szybko dłońmi i zeszła na dół. Przyjaciele rozmawiali miedzy sobą przyciszonymi głosami. "Jasne."
Tak żeby jej nie zauważyli wróciła do kuchni i wyjęła ulubione czekoladowe ciasteczka. "Niech stracę." Przekroczyła próg w salonu i dyskretnie odchrząknęła przerywając ich rozmowę.
-Lepiej?-zapytała zirytowana stojąc przed nimi praktycznie w piżamie i z talerzem ciastek w ręce. Patrzyli się na nią kompletnie zszokowani i zaskoczeni. Dylan miał nawet otwarta buzię.-Aż taka jestem brzydka?-prychnęła odstawiając ciastka na stolik i siadając na przeciw w fotelu.
-Nie. To znaczy...-zaczął Zack.-Myśleliśmy że albo wstydzisz się swojego wyglądu albo masz jakąś bliznę, albo coś takiego.-gestykulował dłońmi.
-Mam dużo blizn.-skinęła głową.-Ale tymi na twarzy specjalnie się zajmuje żeby nic nie zostało. Nawet ja dbam o wygląd bardziej lub mniej.-Lynn wzruszyła ramionami. W pokoju zapanowała niezręczna cisza. Herosi kręcili się niecierpliwie na swoich miejscach, kiedy Eve siedziała spokojnie i patrzyła na nich poczynania.-Przestańcie się tak ruszać.-rzuciła w końcu, a oni posłusznie zaprzestali się wiercić.-Pewnie macie pytania, bo usiedzieć na miejscach nie potraficie.-przejechała dłonią po twarzy.
-Jak się czujesz?-zapytała Alice wyciągając w stronę dziewczyny dłoń. Evelynn zignorowała ją odwracając wzrok.
-Tak jak zwykle.-odpowiedziała.-Ani dobrze, ani źle.
-Dlaczego tak nagle przyjechałaś do obozu?-zainteresował się Zack.-Stęskniłaś się?
-Gdyby nie to że Nico zaciągnął Willa do Włoch nie byłoby mnie tu.-nie miałam zamiaru ich urazić ale chyba właśnie tak wyszło.-Przepraszam. Po prostu...nie byłam na to gotowa.-wcisnęła się głębiej w fotel.
-Jasne.-Dylan posłał jej uśmiech.-Więc dlaczego się uśmiechnęłaś tam na zewnątrz?
-Na prawdę chcesz to wiedzieć?-zapytałam rozbawiona. Skinął głową.-Przypomniałam sobie jak Alice mówiła że Zack będzie przystojny w przyszłości a ja zakrztusiłam się sokiem. Ale najwyraźniej miała rację.-spojrzałam na tę parkę. Dziewczyna zrobiła się lekko czerwona, a chłopak wyglądał na zadowolonego.
-Lynn.-pisnęła Alice.
-Miałam tego nie mówić?-zapytała udając głupią.-Ale on się pytał.-Dylan z Zackiem zachichotali zupełnie jak mali chłopcy, po chwili dołączyła do nich dziewczyna. Jedynie Evelynn pozostała niewzruszona.
-Eve co jest?-zapytał Dylan.
-A o co chodzi?-zmarszczyła brwi.
-No wiesz...-zaczął ale najwyraźniej się rozmyślił.-Zack jeszcze ty masz pytanie.
-Co?-pisnęła Al.-Nie wiedziałam że można tylko po jednym!
-Odpowiem na te na które mogę odpowiedzieć.-Lynn skinęła głowa na Zacka.
-Masz chłopaka?-rzucił. Udała zamyśloną.
-Hmmm...-zapatrzyła się w sufit.-Zackhary.-zaczęła wolno.-Wiedz, że szanuję twoje uczucia, ale jako, że jesteś moim kuzynem...-powiedziała wolno przyciskając dłoń do serca.
-Evelynn!-jęknął.-Wiesz, że nie o to mi chodziło!
-A co ty tak się interesujesz moim życiem miłosnym?-uniosła brew.-Nie, nie mam ani chłopaka ani dziewczyny. Powiedzmy że nie miałam gdzie ich spotkać.
-Dobra, dobra.-machnął ręką i odwrócił wzrok.
-A co u Nico i Willa?-zapytał Dylan.
-Nic nie zmieniło się przez te trzy lata kiedy ostatnio u nas byłeś.-zobaczyłam tylko zaskoczenie na jego twarzy.
-Co?-wykrztusił.
-Wtedy przestałeś przyjeżdżać z rodzicami, prawda?-zamknęła oczy. Dwójka przyjaciół siedziała cicho wyraźnie zainteresowana rozmową.
-Skąd wiesz?-zapytał.-Pewnie Nico i Will ci powiedzieli.-skinął głową w zamyśleniu. Oczywiście, dziewczyna nie zamierzała odpowiadać. Cisza przeciągała się, aż w końcu usłyszała ciche szuranie po czym klikniecie zamka w drzwiach. "Najwyraźniej uznali, że zasnęłam." pomyślała z rozbawieniem i poprawiła się na fotelu zamykając oczy.

czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział Czwarty

-Witamy w obozie!-usłyszała za sobą wesoły głos. Na pewno ten kto za nią stał uśmiechał się szeroko a jego oczy błyszczały jak gwiazdy, bla, bla, bla. Evelynn westchnęła ciężko w duchu. Teraz będzie otoczona takimi ludźmi.-Halo? Jesteś tam, chłopie?-O! A teraz wziął ją za chłopaka. Na samą myśl o tym musiała się uśmiechnąć. Odchrząknęła cicho, żeby uśmiech spełzł jej z twarzy po czym obróciła się powoli.
  Za nią stał chłopak. Miał siedemnaście lat, czarne włosy i oczy koloru lazurowego morza. Był dobrze zbudowany i opalony. Na sobie miał bluzkę obozu herosów, kąpielówki i japonki. I ten śmieszny naszyjnik z dziewięcioma koralikami. A przede wszystkim Evelynn go rozpoznała. To był Dylan Jackson. Świetnie się bawili i dogadywali jak byli młodsi. Jej serce mimo woli szybciej zabiło na jego widok. Kiedy tylko się zorientowała, kazała pulsowi wrócić do normy i tak się stało. Ćwiczyła tę sztuczkę latami. Dylan spojrzał na nią, a jego źrenice gwałtownie się powiększyły.
-Eve?-zapytał. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno. Tylko on ja tak nazywał. Inni preferowali Lynn albo po prostu Evelynn.-Nie do wiary. Ile lat już minęło?-powiedział a na jego twarzy rozkwitnął uśmiech.
-Osiem.-odpowiedziała cicho. Osiem lat minęło od jej uznania i od tego dnia kiedy wszystko się zmieniło. Osiem lat minęło od kiedy ostatnio rozmawiała z Dylanem. Potem widywała go czasami, kiedy przyjeżdżał do nich w odwiedziny z rodzicami, ale tylko ona go widziała. Młodszy Dylan nie zdawał sobie z tego sprawy. Siedział znudzony na dywanie w salonie, szedł do jej pokoju albo wpatrywał się w okno. Lynn w tym czasie siedziała na dachu lub szybowała wysoko nad domem. Pewnego razu przysiadła na gzymsie niedaleko otwartego okna.
-Co u niej?-usłyszała głos Percy'ego.
-To co zwykle.-odpowiedział Will i wzdychając opadł na kanapę. Pozostali dołączyli do niego. Tylko dziesięcioletni wtedy Dylan usiadł na szarym dywanie.
-Aż tak źle?-spytała Annabeth.
-Dylan, o co prosiłeś kiedy miałeś dziewięć lat?-spytał Nico. Chłopiec zamyślił się a po chwili wahania odpowiedział.
-Chyba chciałem psa i grę na komputer. I narty. I...
-Widzicie.-westchnął Nico. Na to stwierdzenie Evelynn zapiekły oczy. Zrozumiała, że nie jest normalna i w dodatku inni też tak myślą.-Lynn nawet nie pomyślałaby o takich rzeczach.-Mówił prawdę. Evelynn nie zwracała uwagi na przedmioty materialne.
-W takim razie co chce Eve?-zapytał Dylan unosząc się z dywanu.
-Evelynn, kiedy skończyła osiem lat poprosiła mnie żebym nauczył ją szermierki, walki wręcz, strzelania z łuku, sztuki przetrwania, włoskiego i...innych pożytecznych rzeczy.-wyrecytował szybko Nico. Will tylko skinął głową i spojrzał krytycznie na chłopaka, Nico prawie się wygadał. Dziewczyna siedząca na zewnątrz przypomniała sobie ten dzień. To było tydzień po jej uznaniu. Teraz zbliżały się jej dziewiąte urodziny. "Spędzę je na treningu." pomyślała i wróciła do słuchania.
-Ale...wszystko naraz? Czy to nie jest za dużo dla ośmiolatki? I po co jej język włoski?-zapytała Annabeth.
-Wszystko naraz.-przytaknął Will.-Przez te kilka miesięcy, każdego dnia ćwiczyła i trenowała. Dzisiaj daliśmy jej wolne, ze względu na waszą wizytę, na co zareagowała skinieniem głowy po czym wyleciała przez okno z mieczem w ręce. Pewnie ćwiczy.
-A jeśli chodzi o język włoski. Po prostu chciała się nauczyć obcego języka, a za nauczycieli ma tylko nas. I tylko ja znam inny język niż angielski i grekę.-spojrzał wymownie na Willa, przez co zarobił kuksańca w żebra.-Au!-zaśmiał się odganiając chłopaka. Percy i Annabeth uśmiechnęli się na tę scenę. Cieszyło ich szczęście Nico. Kiedy się opanował kontynuował swoją wypowiedź.-Dla niej to nie jest za dużo. Chciałaby więcej.
-Wyślijcie ją do obozu. Tam na pewno wiele się nauczy.-zaproponował Percy.
-To niemożliwe. Ona jest dla nas za sprytna.-zaśmiał się Will.-Próbowaliśmy.
-Tam może nauczyć się ujeżdżać pegazy i wspinać po skałach. Szermierki i walki również.
-Tego samego uczy się tutaj. Sama.-zapewnił Nico.-No może oprócz pegazów bo nie mamy ich aktualnie. Czasami znika na kilka dni i wraca obszarpana i zakrwawiona.
-I pozwalacie jej na to?-Percy zmarszczył brwi.
-Nie. Tylko trudno utrzymać w pokoju dziecko który potrafi otworzyć każdy zamek w tym domu i ma skrzydła.-Nico przewrócił oczami. Lynn na gzymsie zachichotała cicho na te słowa.
-Czasami mam wątpliwości.-mruknął Will.
-Co do czego?-Nico zapadł się głębiej w siedzenie.
-Czy dobrze robimy izolując ją tak.-Nico ciężko westchnął.
-To nie my ją izolujemy, zrozum. Ona jest już samodzielna i nie możemy na to nic poradzić. I jeśli jej życzeniem jest samotność, to nie będę jej specjalnie szukać przyjaciół.
-Ok. Zrozumiałem. Właśnie. Kto ma ochotę na herbatę?
-Nico, gdzie jest Eve?-zapytał się Dylan.
-Jeśli wyjdziesz na balkon i spojrzysz w górę może ją zobaczysz.-powiedział wtedy Nico a chłopiec wybiegł przez drzwi i uniósł głowę. I zobaczył ją, wzlatującą coraz wyżej, i wyżej aż wleciała w chmury.
  Evelynn otrząsnęła się z otępienia i spojrzała na chłopaka. Nie przypominał już tamtego chłopca. Wyrósł, wydoroślał. 
-Tylko osiem? Ten czas ciągnął się nieubłaganie.-zagadnął.
-Tak, tylko osiem.-odparła ignorując drugie zdanie.-Gdzie jest Chejron? Miałam się z nim spotkać.
-Wyjechał i to mi przypadł zaszczyt oprowadzania nowych.-wyszczerzył zęby. "Świetnie." pomyślała.-Więc może dzisiaj usiądę z tobą przy stoliku Hermesa i zapoznam z kilkoma przyjaciółmi.-Jak to przy stoliku Hermesa? Przecież...oh. Pewnie Nico i Will zataili czyim jestem dzieckiem. Może to i lepiej.
-Wiesz, na prawdę...-nie musisz, chciała dokończyć, ale oczywiście musiał się wtrącić.
-To żaden problem. Pewnie poznałaś już kilka osób wczoraj. Ej, czekaj. Własnie. Kiedy dotarłaś? Mroczny przyleciał sam i zaczęliśmy się niepokoić.
-Przyleciałam w nocy i nie. Nikogo nie poznałam. Ja nawet nie byłam w domku Hermesa.-skrzyżowałam ręce na piersi i czekałam na jego odpowiedź.
-To gdzie spałaś?-zmarszczył brwi i przekartkował zeszyt.-Jest napisane, że powinnaś być w domku 11.
-Ja...będę mieszkać w domku Hadesa.
-Oh. Nico. Jasne.-powiedział.-Głodna? Muszę z tobą usiąść jeśli siedzisz sama.-zbliżył się i chyba próbował chwycić dziewczynę za ramię, ale szybko się wywinęła i zaczęła iść w stronę stolika. Zaciągnęła kaptur mocniej na głowę, żeby jeszcze bardziej zakrył twarz. Po chwili Dylan szedł tuż obok i przyglądał jej się katem oka. I myślał że nie widzi.-Alice i Zack pewnie się zaraz zjawią.
-Oh.-wymknęło mi się.
-Co "Oh"? 
-Nic. Następne powitanie po latach. Super.-mruknęłam.
-Chcesz powiedzieć, że nie widziałaś własnych kuzynów przez osiem lat?-jego głos brzmiał tak śmiesznie, że musiałam się uśmiechnąć.
-Tak. To chcę powiedzieć.-dotarliśmy już do stolika wiec usiadłam sztywno na ławkę.
-Ucieszą się na twój widok.-wyszczerzył do mnie zęby i opadł naprzeciwko. Uniosłam jedną brew, ale on tego nie widział. Spojrzałam na pusty talerz i szklankę przed sobą.-Musisz pomyśleć co chcesz.-powiedział Dylan, a na jego talerzu pojawił się burger.
-Tak, wiem. Wiem jak to działa.-zapewniłam go po czym na moim talerzu pojawiły się kawałki zielonego melona, a szklanka napełniła się wodą.
-Tylko to zjesz na śniadanie?-chłopak wyglądał na oburzonego.
-A ty to?-wskazałam ociekającego wręcz tłuszczem fast fooda. Wzruszył ramionami i wgryzł się w mięso. Przekręciłam oczami i włożyłam do ust kawałek owocu. Świeży smak soku od razu mnie pobudził. Westchnęłam cicho popijając wodę.
-Wiesz...myślę, że wygodniej jadłoby ci się bez kaptura.-zagadnął jak niby nigdy nic. "Jakie to typowe, że chce zobaczyć moją twarz i włosy, a nie tylko usta i podbródek." pomyślałam z rozbawieniem.  Ale w sumie miło mi się na niego patrzyło. Ciągle znajdowałam jego stare cechy jak pieprzyk przy ustach czy obok oka. Albo tę małą bliznę, już mocno wyblakłą, na czole, którą dostał od Zacka w prezencie urodzinowym. Ale widziałam też nowego Dylana. Pewnie też chciałby zobaczyć na ile się zmieniła. "Ale dam mu się trochę pomęczyć."
-Nie, na prawdę. Dziękuję za troskę.-powiedziałam jak najuprzejmiej i wyciągnęłam ramię nad stół. Padrona zgrabnie zeskoczyła na stół, a ja poprosiłam o surowe mięso na talerzu. Smoczyca rzuciła się na wołowinę i cicho mlaskała od czasu do czasu.

*Tu znowu ja.
*Znowu.
*Nawet nie będę przepraszać X'D
*Od razu informuje że mogą być dziwne skoki między pierwsza a trzecia osobą ;; Długo by zeszło tłumaczyć.
*Wracam z opowiadaniem także...^^

środa, 29 kwietnia 2015

Rozdział Trzeci

 Po jakimś czasie zbudziły ją prychnięcia Pardony. Przetarła oczy i spojrzała w dół. Zobaczyła las, i sosnę. Niedaleko była plaża i domki. Jakiś pawilon. Nie chciała robić zamieszania lądując smokiem pośrodku ogniska, więc postanowiła wylądować na polanie przed granicą. Zeskoczyła z grzbietu smoka i dała jej papryczkę, czyli to co bardzo lubiła. Z jej nozdrzy buchnął dym a dziewczyna z uśmiechem wyszeptała jej kilka włoskich słów do ucha. Padrona spojrzała na nią ze zrozumieniem i zmieniła rozmiar. Teraz była wielkości dużego kota. Wysunęła łepek spod czarnego siodła i wydała odgłos podobny do kichnięcia.
-Chodź ty tutaj.-powiedziała Lynn i otworzyła plecak. Wyłożyła środek dodatkową bluzką i pozwoliła Pardonie wczołgać się do środka. Nie zapięła plecaka żeby smok mógł wyglądać na zewnątrz. Wzięła siodło i walizkę po czym ruszyła do obozu.-Pozwalam ci wejść Pardono.-powiedziała tak jak radził jej Nico. Potwór nie mógłby sam wejść przez granicę. Rozejrzała się wokół. Pod wielką sosną chrapał inny smok. "Kiedyś się na nią wdrapię." przyrzekła sobie i weszła pomiędzy drzewa. Wszystko wyglądało normalnie. Zielone drzewa, ciemna ziemia i odgłosy żyjątek. Gdzieś w oddali migotały światła. Poczuła ciężar na ramieniu i spojrzała na Padronę. Smoczyca położyła na niej łepek i przymknęła oczy. Dziewczyna poklepała ją czule i zaczęła iść dalej. Było już po zachodzie słońca,  kiedy wyszła na żwirową ścieżkę. Jakby poszła w lewo, trafiłaby na ognisko. Ludzie śpiewaliby, Chejron ja przedstawiał i pewnie każdy chciałby ją poznać. Pamiętała jak Will i Nico opowiadali jej o tym wydarzeniu.
-Ogień przybiera kolor nastroju obozowiczów. Czasami bucha pod niebo i skrzy się iskierkami. Ludzie się bawią, śpiewają. To wspaniała tradycja.-mówił jej Will, kiedy siedziała mu na kolanach jako mała dziewczynka.
-Wcale nie.-skarżył się Nico.-Ogień osmalał porządnym ludziom włosy i podpalał trawy. Ludzie krzyczeli i uciekali w popłochu.-siedział na ziemi opierając się plecami o fotel.
-Niewiarygodne. Pamiętasz jak poszliśmy razem na ognisko?
-Tak. Wywróciłem się na kamienie.-Nico wzruszył ramionami, a Lynn roześmiała się wesoło.
  Albo mogła pójść prawo, prosto do domku i rzucić się na łózko. To chyba bardziej jej pasowało. W sumie mogła zamieszkać w trzech domkach, domku Apolla, Tanatosa lub Hadesa. Po chwili wybrała domek Hadesa. Nie mogłaby mieszkać w jednym domku z masą ludzi, dlatego domek Apolla odrzuciła od razu. Domek Tanatosa też, ponieważ podobno tam też mieszkali ludzie. Jej rodzeństwo. Nie chciała ich poznawać. Wolała nie komplikować swojego życia bardziej niż na razie było. Więc zostaje domek Hadesa. W sumie to pasowało jej to. Wyszła powoli z cienia i kiedy zobaczyła, że nikt nie mógłby jej zauważyć wślizgnęła się do domku.
-Wow.-szepnęła do siebie i Pardony. Odłożyła siodło na korytarzu i spojrzała na wnętrze.
  Wszystko było utrzymane w ciemnych kolorach. Ciemne podłogi i ściany, czerwone dywany i zasłony. Obrazy w złotych ramach. Weszła głębiej. W salonie stały dwie czarne kanapy i stolik do kawy. W rogu kwitła jakaś zielona roślinka w czerwonej donicy. Łazienka była w ciepłych kolorach brązu i złota. Trzymając się poręczy, dziewczyna weszła po schodach na górę i otworzyła drzwi swojej sypialni. Wąskie łóżko z czarną pościelą, obok szafka z lampką nocną w kształcie ducha. Niedaleko stało biurko i szafa. Na ścianie było przymocowane kilka półek, więc Lynn szybko wypakowała książki i umościła Pardonie posłanie w rogu pokoju. Położyła tam smoczka i rzuciła plecak na łózko. Odpięła miecz od pasa i oparła go o szafę. "Czyli teraz tu będę przesiadywać." pomyślała oceniając efekty pracy.
-Teraz tylko ciuchy.-wymamrotała i otworzyła walizkę. Podeszła do szafy i uchyliła jedno skrzydło. Było puste, z wyjątkiem skrawka papieru na górnej półce. Lynn sięgnęła do niego i zobaczyła zdjęcie. Na środku stał Will z Nico trzymając się za ręce. Obok Nico stała ciocia Hazel z Frankiem i Argea z Buckiem oraz...czy to Reyna z tym brunetem? Po stronie Willa zobaczyła Percy'iego i Annabeth, Jasona i Piper oraz Valdeza z Calypso. Byli tam wszyscy których znała. Jeszcze młodzi. Na zdjęciu Nico nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat. Wszyscy mieli obozowe koszulki i paciorki. Evelynn uśmiechnęła się do zdjęcia i zawiesiła je nad łóżkiem. Wróciła do walizki i zaczęła składać ubrania i wkładać do szafy. Na samym dnie walizki znalazła coś zawinięte w złoty papier. Wyjęła ostrożnie i przeczytała przypiętą karteczkę.
Wszystkiego najlepszego, Lynn! Zamówiłem ją jakiś czas temu i pomyślałem że ci się spodoba. Kochamy ~Will
  Odłożyła kartkę i rozerwała papier. W środku leżała czarna bluza, kangurek, z szerokim kapturem. Po środku srebrna nicią były wyszyte trzy litery: CHB.
-Dziękuję.-powiedziała to na głos choć wiedziała że nie usłyszy. Włożyła ją przez głowę i spojrzała w lustro. Bluza była obszerna i workowata więc bez trudu ukrywała kształty. Dziewczyna westchnęła z ulga. "Jak oni dobrze mnie znają." pomyślała z wdzięcznością i postanowiła jeszcze nie ściągać prezentu. Pachniał jej domem. Wzięła książkę Nico i usiadła na kanapie. Przeczytała kilka pierwszych rozdziałów, ale po chwili odpłynęła.
  Obudziło ją słońce parzące jej oczy oraz chrapanie Pardony. Najwyraźniej w nocy nakryła ją kocem i sama położyła się w nogach kanapy. Dziewczyna zamrugała kilka razy i przypomniała sobie gdzie jest. Spojrzała na zegar i zdała sobie sprawę, że ma dwadzieścia minut do śniadania. Zaklęła cicho i zrzuciła koc na smoka. Padrona prychnęła i wyciągnęła grzbiet.
-Hej, mała. Idziemy na śniadanie?-spytała Lynn. Rzuciła się na górę i włożyła jeansy. Bluzy mogłaby wcale nie zdejmować. Zbiegła na dół gdzie czekała na nią smoczyca z zniecierpliwionym wyrazem pyszczka.-No już, już.-uklękła i zasznurowała trampki. Kiedy podniosła wzrok napotkała spojrzenie Padrony, trzymającej coś w pysku. Podeszła bliżej i zauważyła fioletową wstążkę.-Strojnisia.-mruknęła i zawiązała ją w kokardkę na szyi smoka. Ten podniósł łeb i spojrzał na nią z duma.-Tak, wyglądasz pięknie. W przeciwieństwie do mnie.-jęknęła i spojrzała w lustro. Spinka nadal trzymała mocno włosy, chociaż kilka wymknęło się z fryzury. Tak to wszystko było w normie. Blada skora, piegi i cienie pod oczami.-Ee tam. Mogę tak wyjść.-złapała Padrone, która wskoczyła jej na barki i zawinęła lekko na szyi. Otworzyła drzwi i wyszła na słońce. "Jeśli szybko pójdę zdążę na czas." Zarzuciła kaptur na głowę i ruszyła szybko lasem na skróty. Co chwile widziała ludzi, miedzy drzewami, idących ścieżką. Wtedy skręcała głębiej w las a po jakimś czasie wracała na szlak. Evelynn minęła przynajmniej pięćdziesiąt drzew iglastych zanim udało jej się wejść do pawilonu. Naciągnęła kaptur jeszcze głębiej na głowę i czekała przy wejściu.

*Jeszcze jeden!
*Opóźnienia zafundowała wam: CHEMIA! PRZEDMIOT WASZEJ PRZYSZŁOŚCI!
*Reyna kogoś tu ma bo ma go też na innym z moich blogów ehh
*Prosiłabym o pokazanie że tu byliście! ^^